Polski / English
2018-03-29

Wywiad dla Onet.pl

Trupa Trupa zbiera na całym świecie doskonałe recenzje za ostatni album, ale dla masowego odbiorcy w Polsce wciąż pozostaje zespołem anonimowym. Z czego to wynika?

Nigdy nie braliśmy udziału w wyścigu o wejście do grupy zespołów rozpoznawalnych na szeroką skalę. Pewien rodzaj uznania artystycznego ze strony polskich i zagranicznych dziennikarzy nie musi przekładać się na masową popularność. Nie ma w tym sprzeczności – to normalna droga alternatywna. Nie sądzę, że powinniśmy być w Polsce rozpoznawalni jako zespół mainstreamowy, ponieważ nasza muzyka nie ma takich parametrów. Jest lekko drażniąca, czasami nudna, chropowata. Z tą niszą jest nam do twarzy. Sam jestem też zresztą poetą, a wiesz, jakie są nakłady książek poetyckich.

Jak to się stało, że jesteście prawdopodobnie bardziej popularni za granicą niż u siebie w kraju?

Po premierze płyty „++” dostaliśmy propozycję wydawniczą od wytwórni Blue Tapes and X-Ray Records i to zaczęło tę całą drogę. Powiedzieliśmy: „Okej, robimy to”. Nagle okazało się, że to wydawnictwo ma w swoim katalogu radykalnych artystów, takich jak Tashi Dorji i jest bardzo prestiżowe. Posypały się recenzje, a ludzie zaczęli słuchać płyty. To nie był wynik wysłania stu tysięcy maili, tylko tego, że stał za nami butikowy ale i prestiżowy londyński label. On rzucił na nas odpowiednie światło i tak zaczęła się kręcić ta maszyna. Gdyby David z Blue Tapes nie zaproponował nam kontraktu przy okazji płyty „Headache” to, mimo że gralibyśmy taką samą muzykę, może nigdy nie wyszlibyśmy z nią dalej. Zatem ważne jest też szczęście i przypadek.

Jak właściwie wymierzyć proporcje między twórczością, a promocją?

Dzięki internetowi niemal każdy ma coraz większą wiedzę, jak docierać do odbiorców. Ta komunikacja będzie narastać, ale zgodzę się z Jankiem Błaszczakiem (dziennikarz związany m.in. z Przekrojem – przyp. red.), że należy oddzielić sytuację artystyczną od mechanizmów promocyjnych. Od tego mamy swoje wytwórnie – we Francji i Wielkiej Brytanii oraz Antenę Krzyku w Polsce. To są specjaliści, a my powinniśmy zajmować się przede wszystkim muzyką. Wiadomo, że tak w stu procentach nie jest i w sytuacji, w której my jesteśmy, czyli zapewne gdzieś na przecięciu DIY i profesjonalnych mechanizmów wszystko się ze sobą łączy i przenika, ale warto zachować odpowiednie proporcje i zmierzać w kierunku sfery czysto muzycznej. Rozumiem, jak działają media w przypadku niszowych zespołów. Nieczęsto zdarzało się, żeby alternatywny wykonawca z Polski miał radykalnie pozytywne opinie na przykład od Sashy Frere-Jonesa (amerykański krytyk i pisarz związany obecnie z Los Angeles Times – przyp. red.), ale to się zdarza i moim zdaniem będzie zdarzało się częściej. I na pewno coraz więcej osób oswaja się z takimi rzeczami. Mamy do czynienia z zalewem muzyki mainstreamowej i komercyjnej, która jest w ogromnej mierze do siebie bardzo podobna i pewną wartością staje się znalezienie ciekawego produktu artystycznego – bez względu na zasięg i liczbę słuchaczy. Na tym moim zdaniem polega to całe odkrywanie.

Medialny i środowiskowy szum, który towarzyszy Trupie ma dla was znaczenie?

Pracuję z mediami, więc znam mechanizmy, ale w Trupie panuje ustrój demokratyczny, są jeszcze trzy osoby i dla nich to nie jest ważne koło napędowe naszego zespołu. Recenzja w Pitchforku czy ostatnie zamieszanie z Davidem Fricke z Rolling Stone’a to dla nich miła ale nie kluczowa sytuacja. Naszym zdaniem wszystko powinno się odpowiednio zbalansować. Teraz jesteśmy w trasie koncertowej we Francji, Szwajcarii i na przykład dzisiaj około południa gramy w Chamonix na tle Mont Blanc dla Balcony TV, a wieczorem na festiwalu Hors Pistes w Annecy. I to jest wynik całego splotu wydarzeń: płyty – pod względem artystycznym, recenzji, wytwórni. Dużo czynników musi zostać spełnionych, żeby taki mechanizm zespołu działał. Ale gdyby nie zadziałał to i tak bylibyśmy w naszych własnych oczach zbawieni, bo mielibyśmy wciąż nasze piosenki. To jest nasza podstawa. W każdym razie wydaje mi się, że wszystko idzie u nas w dobrą stronę od czasu płyty „Headache”. Jesteśmy zadowoleni z kompozycji i produkcji, uczymy się i gramy coraz więcej koncertów. Z każdym tygodniem jesteśmy coraz dalej, ale to są nasze małe wsobne kroczki i to jest kierunek zgodny z naszą duchowością. Nie interesuje nas „profesjonalny świat kariery muzycznej”. Zresztą w Polsce jest wiele świetnych duchowych alternatywnych zespołów, jak Kristen czy The Kurws. Mamy kogo podziwiać i od kogo się uczyć.

Wspomniałeś o The Kurws i Kristen. Jak oceniasz polską scenę alternatywną w porównaniu z Zachodem? Dostrzegasz wykonawców, którzy mogliby stać się hitem eksportowym?

Trochę zbaczając z tematu, ale to bardzo ciekawe zjawisko, że w Gdańsku funkcjonuje grupa artystów typu Stefan Wesołowski, Michał Jacaszek czy Mikołaj Trzaska, którzy są „odrockowieni” i przede wszystkim związani z sytuacją duchową a nie jakąś otoczką – na zasadzie rock’n’rollowego stylu życia czy prób skoku na kasę. To jest nasz mikroklimat i to na pewno pozytywnie na nas wpływa. Nie brakuje wspaniałych zespołów. Na naszym podwórku polecam Nagrobki. Jest nasz przyjaciel Hatti Vatti, czyli Piotr Kaliński. Łukasz Ciszak, nagrał świetny solowy album – chociaż on akurat pochodzi z Warszawy. Jest świetny label Antena Krzyku, który wspiera Trupę promocyjnie, dystrybucyjnie i przyjacielsko na terenie Polski ale przede wszystkim wydaje niezwykle ciekawą muzykę typu Siksa albo Hańba. Naprawdę nie mamy się czego wstydzić.

Gracie muzykę z czytelnymi wpływami amerykańskiej sceny niezależnej, ale jesteście z Polski. To pomagało czy przeszkadzało w przyciągnięciu uwagi zachodniego odbiorcy?

Istnieje taki nurt opiniowania, że udało nam się przyciągnąć pewną uwagę dlatego, że polska muzyka jest egzotyczna. Absolutnie śmiem w to wątpić. Nie mówimy przecież o sytuacji folkowej. Śpiewamy po angielsku i to jest jednak nurt muzyki zachodniej. Nikt nie traciłby czasu na słuchanie i hype’owanie czegoś tylko dlatego, że to jest z Polski. To absurd – to nie jest fundacja „Pomagamy Polsce”. Powiedziałbym inaczej. Grając taką muzykę również na zagranicznym rynku i używając podobnych narzędzi, co wykonawcy stamtąd, jako Polakom śpiewającym po angielsku jest nam o wiele trudniej. To nie jest łatwe być traktowanym poważnie, kiedy angielski jest twoim drugim językiem. I jeśli w połowie recenzji czytamy, że szczególnym uznaniem krytyków cieszą się słowa, jest nam naprawdę miło. Jedyny ewentualny problem jest taki, że do polskiego internauty dochodzi rykoszetem informacja o liście „Great Overlooked Albums From 2017”, na której umieścił nas amerykański Newsweek. Taki człowiek puka się w czoło, pytając się: „Co to za ch****y” zespół?!”. To jest taki mechanizm, że piszą o nas i media alternatywne typu The Quietus, ale i też trochę bardziej mainstreamowe i większe. Choćby ostatnio senior editor magazynu Rolling Stone, z którego opinią zresztą się nie zgadzam. Wydaje mi się, że w kraju takim jak Polska to może powodować pewne rozdrażnienie i podejrzliwość, ponieważ my ciągle polujemy na sukces narodowy, ale Trupa nigdy nie będzie brała udziału w tej sztafecie ponieważ nie interesuje to nas i nie mamy takich parametrów. Na pewno będziemy grać coraz częściej i przede wszystkim mam nadzieję, że będziemy robili coraz lepszą muzykę, ponieważ jesteśmy pokorni i uczymy się tego z miesiąca na miesiąc. Jasne, że pozytywne opinie nas cieszą. Jesteśmy artystami; jesteśmy bardziej narcystyczni niż średnia społeczna. To jest oczywiste i dlatego w ogóle wychodzimy na scenę, co samo w sobie jest bezczelne, ale nie będziemy uczestniczyć w tym maratonie i prężyć muskułów.

Śledziłeś nasze próby podboju zachodnich rynków? Ostatnio w tym kontekście głośno było zwłaszcza o Brodce, która osiągała pewne sukcesy na przecięciu mainstreamu z offem.

Moim zdaniem w przypadku Moniki Brodki mamy po prostu do czynienia z gwiazdą, która postawiła na muzykę bardziej a nie mniej ambitną. Wiem, że to brzmi głupio, ale sądzę, że trzeba robić swoje i najważniejsza jest muzyka, a słyszałem jej płytę i jest okej.

Obecność w mediach przekłada się na „prawdziwe życie”? Pozytywne recenzje skutkują wzrostem sprzedaży płyt czy większą frekwencją na koncertach?

Na pewno tak jest, chociaż moim zdaniem recenzje czytane są w dużej mierze przez branżę muzyczną, dziennikarzy, kuratorów festiwali. O wiele większy wpływ na słuchaczy mają stacje radiowe. Na naszych koncertach we Francji i Szwajcarii jest sporo osób i one poznały nas m.in. przez kanały medialne i dystrybucyjne Ici d’ailleurs (francuska wytwórnia, która poza Trupą Trupa wydaje także m.in. Matta Elliotta, Arcę czy Yanna Tiersena – przyp. red.). Przykładem takiego przełożenia jest też zaproszenie nas na amerykański festiwal SXSW, które przyszło po rankingu Newsweeka. Ktoś wziął do ręki gazetę, przeczytał o nas, włączył muzykę i zdecydował się nas zaprosić. Wszystkie elementy tej układanki są ważne – recenzje, radiostacje, koncerty. Tylko, że my nie czytaliśmy encyklopedii rocka ani poradnika do promocji dla alternatywnych zespołów i nie mamy w sali prób planszy, na której wypisaliśmy, że do zrobienia zostało jeszcze to, to i to, a na końcu jest słowo „sukces”. Nie działamy w ten sposób. Dla nas sukcesem jest nagranie płyty. To nie jest łatwe, żeby nie powtarzać ciągle tych samych patentów czy nie robić czegoś, co było wcześniej zrobione przez kogoś innego. To jest najcięższa praca z tego wszystkiego – zrobić piosenkę. Ciągle bronimy tej formy piosenkowej – w sensie zderzenia „piosenkowości” z „post-rockowością”; trochę na zasadzie próby połączenia Beatlesów z Sonic Youth. To prawdziwe wyzwanie zrobić dobrą, prostą piosenkę, która nie będzie żenująca zresztą dla wielu może być nadal żenująca. Ważne że dla nas taka nie jest.

Na Zachodzie zrobiła się moda na muzykę alternatywną z Polski? Pytam choćby w związku z obecnością polskich albumów w podsumowaniach roku serwisu The Quietus.

Jestem pewny, że chodzi o jakość płyt, a nie pochodzenie. W Quietusie nie pracują głupi ludzie. Oni są że tak powiem uniwersytecko oświeceni i ponad poziom świadomi. Jeśli rzeczywiście jest większe natężenie artystów z Polski, to polega to również na tym, że profesjonalnie i prężnie działa na przykład Instant Classic (wytwórnia z Krakowa, w której katalogu znajdują się m.in. Stara Rzeka, Lotto czy Wacław Zimpel – przyp. red.), która wykonuje świetną pracę na poziomie międzynarodowym. Ale nie sądzę, żeby pojawiła się moda na Polskę. Stajemy się po prostu coraz bardziej pełnoprawnym partnerem. Nie widzę powodu, żeby oceniać nas w kategoriach egzotyki. Bardzo często puszczają nas różne radia. BBC Radio 6 Music, duże stacje publiczne w Ameryce, w Australii, Francji, Niemczech, Włoszech, Hiszpanii. Jest tego mnóstwo. Nowa płyta w samej Francji miała kilkadziesiąt recenzji i za każdą z nich stoi jakiś miłośnik; człowiek, który tego naprawdę słucha i jest oddany muzyce, ale nie wierzę, że ma to związek z Polską. Co więcej, pojawiały się aroganckie komentarze – część francuskich recenzji zaczynała się na przykład w stylu: „Zespół pochodzi z Gdańska, czyli znikąd”. To takie kolonialne, okropne i z pewnością nie świadczące o jakichś plusach za pochodzenie. Na pewno wytwórnia francuska czy angielska nie wzięła nas dlatego, że jesteśmy z Polski. Oni nie znają Polski, nie znają jej historii. To nie jest tematem naszych rozmów. Kwestie nacjonalizmów nigdy nie były istotne. Rozmawialiśmy kiedyś z naszym supporterem, Jonathanem Ponemanem (współzałożyciel legendarnej wytwórni Sup Pop z Seattle, w której m.in. debiutowała Nirvana – przyp. red.) i on też mówił nam o tym, że w tej muzyce nie jest najważniejsza kwestia pochodzenia. To jest jakaś-tam gitarowa muzyka. Tyle. Albo ktoś to łapie i mówi: „To jest dla mnie”, albo nie.

Rozmawiał Marek Fall, www.kultura.onet.pl