Polski / English
2018-05-21

Wywiad na łamach Igimag

Próbowało wielu, od Krawczyka i Niemena, przez Myslovitz po Brodkę. Ale, obok polskich zespołów metalowych, w muzycznym świecie to gdański zespół Trupa Trupa narobił w ostatnich latach najwięcej fermentu. Jak to jest, że u nas wciąż pozostają dla wielu anonimowi, a zachwycają się nimi dziennikarze z najważniejszych magazynów muzycznych na świecie? Co i jak trzeba grać, żeby zainteresować odbiorców z zagranicy? Odpowiada Grzegorz Kwiatkowski, członek zespołu Trupa Trupa, poeta – także doceniany za granicą.

Wojciech Przylipiak: W waszej karierze było kilka przełomowych momentów. Ostatni z nich to koncert na największym festiwalu showcase’owym na świecie, SXSW w Teksasie. W minionych latach występowało tam kilku polskich artystów, ale chyba po żadnym koncercie wykonawcy znad Wisły nie było takiego szumu, jak po waszym. Opowiedz jak to wyglądało i jak realnie przełożyło się na zespół Trupa Trupa.

Grzegorz Kwiatkowski: Faktycznie to największa impreza tego typu na świecie i chyba największy muzyczny chaos, z jakim się spotkałem. Ale chaos bardzo twórczy, bo tysiące wykonawców występuje dosłownie wszędzie. W każdym lokalu, kawiarni, na skwerze ktoś gra. To trudna próba dla muzyków, bo ilość występów jest przytłaczająca. Poza tym, nie ma prób, wchodzisz, podłączasz się, grasz. Najważniejsze są kontakty branżowe i na nasze trzy koncerty przyszli właśnie tego typu ludzie. Najistotniejszy był chyba koncert środkowy, ale też najbardziej dramatyczny, przynajmniej dla nas. Na minutę przed rozpoczęciem koncertu spalił się piec gitarowy. Na szczęście okazało się, że na sali jest ktoś z piecem i udało się nam zagrać, ale przygotowany 40-minutowy set musieliśmy zmieścić w 25 minutach. Wszystko to jednak zadziałało na naszą korzyść, bo skumulowaliśmy naszą energię i nasza wściekłość na przeciwności przerodziła się w prawdopodobnie najlepszy koncert w naszym życiu. Na ten koncert przyszedł Robin Hilton z bardzo poważanego w Stanach radia NPR i był zachwycony. Na tym samym krótkim występie był obecny David Fricke z magazynu Rolling Stone, Greg Kot z Chicago Tribune i ich reakcje były podobne. Ważne, że te występy przełożyły się na publikacje, w których nasze koncerty zostały uznane za jedne z najlepszych na całym festiwalu. Tym samym rozrosła się trochę grupa naszych słuchaczy. To wszystko było możliwe również dzięki oddolnej i bezinteresownej pracy Jima McGuinna, dyrektora programowego radia The Current i to właśnie on w największej mierze starał się nakłonić branżę muzyczną, aby sprawdziła nas na SXSW.

Właśnie, dziennikarze interesują się muzyką z Polski czy po prostu muzyką Trupy Trupy, bez patrzenia na miejsce pochodzenia grupy?

Moim zdaniem są zainteresowani przede wszystkim muzyką. Traktują nas jak równorzędnego partnera, co mnie trochę dziwi, ponieważ wydaje się, że powinni preferować zespoły bardziej zanurzone w zachodniej tradycji, dla której angielski jest pierwszym, a nie drugim językiem. Ale może właśnie naszą siłą jest to, że nie naśladujemy innych zespołów, nie robimy tego, co jest modne. Bez wątpienia jesteśmy też beneficjentami rozwoju technologii, która znosi muzyczne granice i ułatwia komunikacje. I choć, na tak zwanym, Zachodzie traktują nas raczej normalnie, to jednak na pewno jest nam znacznie trudniej z powodów organizacyjnych. Każdy wyjazd generuje ogromne koszta, ale na szczęście pomagają nam różne instytucje, chociażby Instytut Adama Mickiewicza albo Instytut Polski w Nowym Jorku i Londynie.

Już o waszej poprzedniej płycie „Headache” było głośno. Jeden z najważniejszych muzycznych dziennikarzy świata Sasha Frere-Jones na łamach L.A. Times uznał ją za jedną z najlepszych płyt 2015 roku. Nowy krążek, „Jolly New Songs” został przyjęty jeszcze lepiej.

Zachwyty nad naszą ostatnią płytą dziwią mnie szczególnie, bo jest niepozorna, chropowata i po pierwszym przesłuchaniu stawiająca wiele znaków zapytania. Trzeba na nią poświęcić sporo czasu i ułożyć sobie własną ścieżkę interpretacyjną.

Co jeszcze wynikło dla zespołu po SXSW?

Zainteresowano się nami m.in. w Japonii. „Jolly New Songs” ukaże się tam na początku września. Może wybierzemy się tam w trasę. Owocem SXSW są również zaproszenia na kolejne festiwale. Wkrótce zagramy na Primaverze, Colours of Ostrava, Waves Vienna i Iceland Airwaves. Szczególnie ciekawym doświadczeniem będzie dla nas Primavera, bo gościnnie w składzie pojawi się gdański muzyk i nasz drogi przyjaciel Olo Walicki. I to w ramach zastępstwa jednego z nas. To dla nas duża radość że możemy z Olem grać i pracować. Bardzo wiele się od niego uczymy i to w taki dobry nie represyjny sposób.

Mówisz, że ważne są koncerty – a przecież dla wielu zespołów udział w festiwalach, na które jesteście zapraszani to szczyt marzeń – ale jednak ten rok to przede wszystkim praca nad nowym materiałem.

Nie jesteśmy ignorantami i oczywiście koncert na każdym z tych festiwali jest dla nas ważny, ale po prostu nie chcielibyśmy, żeby ten festiwalowy tour przesłonił to, co najważniejsze, czyli pracę nad nową muzyką i nowymi piosenkami.

Mimo takiego hype’u na zachodzie nie poświęciliście się jeszcze całkowicie muzyce, każdy z was ma inną „pracę”.

Bardzo ważna i inspirująca jest dla nas dywersyfikacja naszych zawodów i w ogóle fakt, że mamy pola poza muzyczne. Perkusista jest grafikiem, basista malarzem, gitarzysta i klawiszowiec fotoreporterem, ja zajmuję się poezją. Na to musimy poświęcić czas, ale praca nad innymi rzeczami wpływa bardzo dobrze na zespół ponieważ te poza muzyczne zagadnienia wpływają pozytywnie na muzykę. Myślę również, że zbyt duża ilość koncertów by nas wyjałowiła. Jeśli byśmy się zunifikowali i zaczęli udawać normalny zespół rockowy to moim zdaniem czar by prysł.

Ale pewnie moment przesilenia nadejdzie i hype trochę przycichnie.

I na pewno będzie to z korzyścią dla zespołu. Ale póki co, stety albo niestety, to się coraz bardziej napędza. Właściwie co tydzień pojawiają się jakieś nowe propozycje. Na przykład w zeszłym tygodniu do naszego studia przyjechał szef Sub Pop Records Jonathan Poneman. Oczywiście, to robi na nas pewne wrażenie, ale na pierwszym miejscu są same piosenki. I przyjaźń w zespole, struktura demokratyczna, to że każdy z nas ma inne poglądy i inne muzyczne fascynacje, poza kilkoma wspólnymi typu Velvet Underground albo The Beatles. Finalnie to powoduje, że płyta jest dla wielu osób trudna do jednoznacznego sklasyfikowania i to m.in. doceniają krytycy, ale przede wszystkim my sami ponieważ dzięki występowaniu wielu wątków w obrębie nawet jednej piosenki nie jesteśmy tą muzyką znudzeni.

A co jak atmosfera całkowitej wolności twórczej i brak uzależnienia od wytwórni się zmieni? Nie boicie się tego?

Mam nadzieję i w zasadzie jestem tego pewien, że ten stan wolności będzie zawsze trwał, bo to warunek trwania zespołu. Oczywiście współpracujemy z coraz większą grupą osób, ale da się ustalić takie reguły pracy, aby każdy z nas i z nich był zadowolony.

Pracujecie już nad nowym materiałem. Będzie go można usłyszeć na najbliższych koncertach?

Pod koniec czerwca przyjeżdża do nas Michał Kupicz, producent naszych dwóch poprzednich płyt i będziemy wspólnie pracowali nad demem. Na ogół te nowe piosenki rzeczywiście sprawdzamy przed nagraniem płyty również na koncertach. Jak wszystko dobrze pójdzie to moim zdaniem nowa płyta winna ujrzeć światło dzienne jesienią 2019 roku. Ale to nie są twarde plany i założenia. Założenie jest standardowe, my musimy być zadowoleni i piosenek musi być dużo. Po dobrej selekcji, mniej więcej połowa wchodzi na album. Wciąż też rozmawiamy z różnymi labelami. Obecnie mamy dwa: francuski i angielski, ale propozycji pojawia się coraz więcej i być może powiększymy trochę swoją rodzinę. A może zostaniemy przy obecnej. Nie wiadomo. To kwestia istotna, jednakże drugorzędna wobec samych piosenek.

Jaka będzie nowa płyta?

Chyba lekko inna od poprzedniczek. Ale nie skrajnie inna. Przy „Jolly News Songs” najbardziej baliśmy się, żeby nie nagrać drugiego „Headache”. Przy nowej płycie też nie chcemy się powtarzać. Różnicą będzie chociażby jeszcze większa minimalizacja tekstów, czasami do kilku słów na utwór.

Zachwycają się wami wpływowe media z różnych stron świata, a w Polsce jesteście zadowoleni z poziomu popularności?

Zdajemy sobie sprawę, że w Polsce nie ma dużo odbiorców takiego grania. Ale tak naprawdę nigdzie nie ma wielu odbiorców takiego grania. Moim zdaniem to są setki osób per jedno państwo, ale państw jest przecież wiele. Myślę, że można sobie zbudować pewne grono słuchaczy z takich wysepek i my to robimy.

Jesteś również poetą od kilku lat związanym z Biurem Literackim. Chwilę temu twoje wiersze opublikował prestiżowy magazyn Modern Poetry In Translation, a w Polsce twoje wiersze ukazują się choćby w Zeszytach Literackich. Ta poezja jest, podobnie jak muzyka Trupa Trupa, nietypowa, bo jej głównym motywem jest ludobójstwo. Z tego co wiem, twój dziadek był w obozie koncentracyjnym. Sam mówisz, że mocno interesuje cię tematyka zagłady. Skąd u ciebie takie zainteresowania, poza na pewno silnym rodzinnym impulsem i czy poezja przenika się u ciebie z muzyką?

Na pewno chodzi o kwestie rodzinne, ponieważ ten dziadek jak i do niedawna pełne ruin miasto Gdańsk ukształtowały mnie na zasadzie: ulubione miejsce? Westerplatte i Stutthof. W dodatku drugi dziadek był weteranem wojennym, ale i inwalidą, zatem mam naturalne zainteresowanie tego typu tematyką. Te rzeczy na pewno przenikają do Trupy, tak jak inne tematy prywatne pozostałych członków zespołu. Każdy z nas wrzuca siebie w te piosenki, ale jednak moim zdaniem w stopniu zakamuflowanym i zamaskowanym, a nie w opcji pt. „oto jestem”. W piosence najważniejsza jest sama piosenka, a w poezji sam wiersz tzn. moim zdaniem tematyka nie powinna asekurować ewentualnych dziur w uzębieniu. Chyba że takie dziury są pożądane i to jest to, czego właśnie chcemy.

www.igimag.pl