Polski / English
2018-07-06

Newsweek rekomenduje występ na Open’er Festival

Zarzucano nam, że gramy mało koncertów. No to zaczęliśmy grać – mówi Grzegorz Kwiatkowski, muzyk Trupy Trupa, która robi furorę na światowych festiwalach. To mogła być piękna katastrofa. Dwadzieścia sześć godzin lotu, jet lag, upał, spalony wzmacniacz i zamachowiec szaleniec.

 Jadąc do Teksasu na kultowy festiwal SXSW, Trupa Trupa miała sporo do udowodnienia. Ich ostatnią płytą zachwycały się wpływowe muzyczne media, m.in. serwisy Pitchfork i Quietus, amerykański „Newsweek” umieścił ją w swoim rankingu najlepszych albumów roku. Przed festiwalem radio NPR umieściło Trupę na liście najbardziej obiecujących zespołów imprezy. A gra tam kilka tysięcy zespołów. I wszystkie są obiecujące.

– Ludzie chcieli nas sprawdzić – przyznaje Grzegorz Kwiatkowski. – „Jolly New Songs” zebrała bardzo dobre opinie. Ale nie graliśmy bardzo często, więc pojawiały się pytania: no dobrze, ale czemu ten zespół gra tak mało? Podczas SXSW Austin, stolica Teksasu, zamienia się w gigantyczne miasteczko festiwalowe. W tegorocznej edycji wzięło udział prawie pół miliona ludzi. – Zamieszanie totalne – opowiada Kwiatkowski. – Na tym też polega specyfika tego festiwalu. Artyści są wszędzie: na ulicach, rogach, skwerach, w knajpach. Warunki techniczne okropne. Nie ma prób, wchodzisz na scenę i grasz. Trupa zagrała w Austin trzy koncerty. Jeden w klubie Seven Grand, drugi na podwórku.

– A trzeci – opowiada Kwiatkowski – w irlandzkiej knajpie. Ten był najważniejszy. Przyszła śmietanka amerykańskiej krytyki muzycznej, m.in. David Fricke z „Rolling Stone’a”, Greg Kot z „Chicago Tribune”, ludzie z radia NPR. Był Jim McGuinn, szef radia The Current, który nam pomaga od dawna. Przyszedł David Newgarden, najbardziej znany z tego, że jest menedżerem Yoko Ono. To są bardzo przyjacielscy i wpływowi ludzie, którzy pomagają mało znanemu zespołowi z Polski, chociaż nie mają w tym żadnego interesu, poza tym, że lubią muzykę. – Stanęliśmy przed nimi, na maleńkiej scenie w zwykłym pubie, bez próby dźwięku i ze świadomością, że musimy zagrać koncert życia. Minutę przed koncertem spalił mi się wzmacniacz. I koniec. Koncert odwołany. Miał trwać 40 minut. Ktoś dał nam gniazdko europejskie, ja podłączyłem do amerykańskiego i poleciał dym. Ci wszyscy ludzie czekali, aż zaczniemy grać, a my przez 15 minut nie wiedzieliśmy, co zrobić. W końcu techniczny powiedział, że jak nie mamy wzmacniacza, to cześć, odwołujemy. Wtedy ktoś z publiczności powiedział, że chętnie pożyczy swój. Z czterdziestu minut na granie zostało nam 25. Ale byliśmy tak zdenerwowani, w takiej furii, że zagraliśmy koncert życia. Wszyscy ci krytycy mieli już sobie pójść i nagle mówią: „O k…!” – opowiada Kwiatkowski.

Trupa była już w drodze powrotnej do Europy, kiedy w amerykańskich mediach zaczęły się ukazywać podsumowania festiwalu, w których pisano o nich jako jednym z najlepszych zespołów tegorocznej edycji. – Co się myśli po czymś takim? – pytam. – Że to koniec – mówi Kwiatkowski. – Że już był szczyt i zaraz się to wszystko skończy. Zapadnie cisza. Ale jakiś czas później jedziesz na Primaverę i inne festiwale w Europie i zaczynasz się orientować, że to wcale nie koniec. Że to trwa.

Dawid Karpiuk, www.newsweek.pl