Polski / English
2019-03-09

Papaya Films

Dziesięć lat temu trafiłem na koncert, który niczego w moim życiu nie zmienił. Miejscem zdarzenia był jakiś klub w Gdańsku (jego nazwa nic państwu nie powie). Nijaki i nieznaczący. Gwiazdy wieczoru: Trupa Trupa oraz Gówno. O Trupie i o jej muzyku, poecie Grzegorzu Kwiatkowskim, słyszałem już wcześniej.

Na koncert poszedłem jednak ze względu na zespół Gówno, ponieważ tworzyli go moi koledzy – Adam Witkowski i Maciej Salamon. Grali w duecie, elektronicznie, albowiem sekcja rytmiczna występowała też w Trupie i trudno im było ogarnąć dwa sety w jeden wieczór.

No i scena miała 2 metry kwadratowe, więc w ogóle trudno było wcisnąć kwartet. Gówno miało zaprezentować materiał z debiutanckiej (niewydanej jeszcze wtedy) płyty „To nie jest kurwa Pink Floyd”. Zeszli po kilku kawałkach, pokonani. Nagłośnienie było tak fatalne i rzężące, że nie sprostało nawet prostej punkowej estetyce zespołu.

Trupa Trupa o dziwo zmieściła się na scenie w pełnym składzie. Zdaje się, że zagrali kilka piosenek z (niewydanej jeszcze wtedy) debiutanckiej płyty. Trudno jednak orzec, co zagrali, jako że z głośników dobywał się jedynie oszalały i nieokiełznany jazgot., Nie sposób było też dociec, o czym śpiewał wokalista, ale chyba było to coś po polsku. Zaskoczyło mnie zatem, gdy obecny na tym koncercie Andrzej Fac, poeta i krytyk literacki (a także mój kolega z czasów studenckich, ze względu na urodę znany pod ksywą „Sokrates”), z entuzjazmem krzyknął w przerwie między utworami „świetne słowa! Świetne słowa”! Po czym wyszedł z koncertu.

Jak już wspomniałem, ten koncert niczego w moim życiu nie zmienił. Później i tak poznałem Grzegorza Kwiatkowskiego, współwokalistę Trupy Trupa, i staliśmy się przyjaciółmi. A fakt, że byłem na niesławnym koncercie w owym klubie, którego nazwa niczego państwu nie powie, nie miał znaczenia.

Trupa Trupa to oczywiście więcej niż tylko Grzegorz Kwiatkowski, ale i Kwiatkowski, to też nie tylko Trupa Trupa. Gdy dostałem propozycję zrobienia wywiadu z muzykiem zespołu (w związku z ogłoszeniem podpisania kontraktu i prezentacją nowego singla), uznałem, że pomysł jest ciekawy, ale muszę to zrobić na moich zasadach: tekst napiszę, ale rozmawiać z Grześkiem nie będę. Dlaczego? Ponieważ raz już z nim wywiad zrobiłem (w 2014 r.) i skończyło się to źle. Nie, że wywiad wyszedł źle, ale źle się między nami zadziało po wywiadzie.

Tekst kończył się mniej więcej tak:
– Jak byś określił charakter muzyki Trupy Trupa?
– To chyba taka twórczość cyrkowo-funeralna, trochę jak orkiestra meksykańska na pogrzebach. Duże gitary, duże kapelusze, długie buty. Muzyka pogrzebowa z lekko wyczuwalnymi wpływami Kurta Weila. Tak przynajmniej było na płycie ++. Teraz dryfujemy w stronę czegoś nieco bardziej katarynkowego i cyrkowego. Taki cyrk na cmentarzu.
– Ty nie masz szacunku dla żadnych świętości!
– Miło byłoby w coś wierzyć. Przede wszystkim w człowieka. Być może też w Boga. W ogóle dobrze by było wierzyć, ale to jest to kłopotliwe, gdy się ma wykształcenie i gdy się coś wie. No bo albo wiesz, albo wierzysz. A jak już się dowiesz, to przecież nie możesz tego cofnąć. Wiara nie wróci. A to trochę szkoda. Bo jak tak sobie człowiek wszystko zdemitologizuje, zrozumie, że jest nikim i że zaraz umrze i nic z niego nie zostanie, to rodzi się problem. I wtedy się wzdycha do religii i myśli się: kurwa, ale to dobry wynalazek ta religia! I właśnie o tym jest nasza nowa płyta.
– O religii?
– Nie. O tęsknocie i o nicości.
– …
– Chyba nadszedł czas, byś mnie pochwalił i powiedział „Grzesiek, jesteś tak młodym utalentowanym człowiekiem…”.
– Grzesiek, jesteś tak młodym utalentowanym człowiekiem…
– Zadajesz same banalne pytania, żebym się na nich wywalił. Będziemy potem siedzieli przy autoryzacji tego wszystkiego!

No i siedzieliśmy… Grzegorz kazał wycinać z rozmowy całe mięso, a ja cierpiałem. Rozważaliśmy zerwanie kontaktów. A wiedziałem, że Grzegorz potrafi zrywać kontakty. Kiedyś zablokował tak wielu kierowców jednej z gdańskich korporacji taksówkowych (wystarczyło podać numer kierowcy, aby nigdy już nie mieć z nim do czynienia w relacji kierowca – klient), że ostatecznie korporacja zablokowała i jego numer. Ale on z jakichś przyczyn cenił sobie współpracę z tą korporacją (chyba była tania). I gdy któregoś razu, po sesji nagraniowej do płyty ++ potrzebował taksówki, zamówił ją z telefonu kolegi. Taksówkarz wiózł Grzegorza i – nie wiedząc, że to on – opowiadał mu o pewnym wrednym kliencie, który poblokował wszystkich kierowców.

Przez wiele lat udawało mi się brnąć przez naszą przyjaźń bez słuchania jego zespołu. Jakoś uznawałem, że to nie moja bajka. Gdy rozmawialiśmy o naszych fascynacjach muzycznych, to wspólny mianownik ustawialiśmy gdzieś w okolicach Franza Schuberta, ale w przypadku nowszej (lub starszej) muzyki nasze preferencje się rozjeżdżały. No ale w końcu mnie dopadło. Bo z czasem muzyka Trupy stawała się coraz bardziej częścią samego Grześka, więc przyjaźń bez zaangażowania w twórczość nie miała sensu. Tak to już chyba jest z artystami, że wszyscy dookoła stają się mniej lub bardziej jawnymi współpracownikami albo po prostu fellow travellers.

Adam Witkowski (ten od Gówna, a później od Nagrobków) nagrywał pierwsze albumy Trupy. „Grzesiek jest naprawdę świetnym gitarzystą – podsumował to doświadczenie. – Byłby jeszcze lepszy gdyby kiedyś wymienił zardzewiałe struny w swojej gitarze”. Powtórzyłem to Grześkowi. Kompletnie się nie przejął. Ale nigdy więcej nie widziałem u niego zardzewiałych strun. Jego stosunek do rzeczywistości (także do działań zespołu) rozpięty jest między obsesyjną kontrolą i dbałością o szczegóły a dystansem graniczącym z abnegacją. W kwestii tekstów, znaczeń i komunikacji, bierze wszystko na klatę. W dziedzinie muzyki stawia raczej na demokrację i wspólne działanie. Rozmawialiśmy kiedyś o jakiejś piosence Trupy przygotowywanej na jedną z poprzednich płyt. Zgodziliśmy się, że brzmiałaby lepiej, gdyby muzycy grali delikatniej. „Ale co, miałbym im powiedzieć, że mają grać inaczej?” – szczerze oburzył się Kwiatkowski, gdy zasugerowałem, że powinien przekonać kolegów do swojej wizji.

Najnowsza piosenka Trupy daje pierwszeństwo gitarze (a w zasadzie gitarom, bo grają na nich nie tylko Kwiatkowski, ale także Rafał Wojczal). Nic nowego w przypadku tego zespołu, lecz tutaj ta gitara wybrzmiewa najpełniej i najpewniej. Pozornie zresztą nie jest nawet na pierwszym planie. Ale to właśnie w krajobrazie dźwiękowym tworzonym przez ten instrument dzieje się najwięcej, i to ten krajobraz kształtuje ducha tej nowej kompozycji. Gitara wypełnia szczelnie przestrzeń między spokojnym i melodyjnym śpiewem wokalisty. Muzyka brzmi jakby na imprezę Beach Boysów wpadł Syd Barrett. Myślenie piosenkowe żywcem wyjęte z lat 60., ale rozsadzone od środka przez dzikie brzmienia i harmonie. Nastrój oscyluje między liryzmem a paranoją, między rockową kołysanką a post-punkową satyrą.

W tekstach nowej piosenki nie ma zaskoczenia – to dobrze znany z poprzednich albumów Kwiatkowski, który trzyma się blisko tego, co znamy z jego poezji. Jego obsesją jest jedno pytanie: jak rodzi się zło? A konkretnie – jak to się stało, że setki tysięcy zwykłych ludzi dało się wciągnąć w szaleństwo Holokaustu? I czy to może się powtórzyć? W udzielonym amerykańskiemu Newsweekowi wywiadzie Kwiatkowski opowiadał: „Jedna z naszych piosenek nosi tytuł Never Forget, a jej tekst inspirowany był filmem Szoah Claude’a Lanzmanna. Zanim zagraliśmy ją na Waves Festival w Wiedniu, wygłosiłem krótką zapowiedź: «Nigdy nie było Holokaustu». Są ludzie, którzy tak mówią. Pierdolić ich!’. Nie planowaliśmy tego i nie było to przemyślane. Nawet jeśli to prawda, to jednak przekroczyłem pewną linię. Mój język przeistoczył się z racjonalnego i nieagresywnego w język nienawiści. Głupi jednak ma szczęście! Uratowało mnie to, że zapomniałem o bardzo dużym delay’u, który był podłączony do mojego mikrofonu, więc moje słowa zlały się w niezrozumiałą zbitkę. Stąd moje postanowienie na 2019 rok: nie dać się zarazić złem, które zgłębiam”.

Dwie poprzednie płyty zespołu – Headache i Jolly New Songs zostały przyjęte z entuzjazmem przez światową krytykę i otworzyły zespołowi drogę do międzynarodowych festiwali i kontraktów z wytwórniami. Najnowsza płyta ukaże się w drugiej połowie tego roku w barwach amerykańskiej wytwórni Sub Pop, która zasłynęła w latach 90. z wydawania między innymi takich zespołów jak Nirvana czy Soundgarden a obecnie w swoim katalogu ma takich artystów jak Father John Misty, zespół Metz i Frankie Cosmos.

W marcu Trupa Trupa wystąpi po raz drugi na legendarnym festiwalu South by Southwest (SXSW) w Austin w Teksasie. Ubiegłoroczny ich koncert został uznany przez krytykę za jeden z najlepszych w ramach całej imprezy. Po koncercie Kwiatkowski stał na Sixth Street (głównej ulicy festiwalowych wydarzeń) i rozmawiał z amerykańskimi dziennikarzami. Nagle nadbiegł skądś tłum przerażonych ludzi krzyczących „Strzelają! Strzelają!”. „To trwało może ze 30 sekund – opowiadał muzyk – potem wszystko znowu stało się spokojne. Nikt oczywiście nie strzelał. To była tylko panika”.

Technicznie rzecz biorąc, Kwiatkowski miał rację – nie było strzelaniny. W Austin, w trakcie festiwalu doszło do serii zamachów bombowych. Lecz strzelaniny nie było. O zamachu dowiedział się ode mnie, już po powrocie do Polski. Trochę dziwne czasy, trochę dziwne festiwale.

www.papaya.rocks/pl