Polski / English
2011-06-18

Recenzja LP - Gazeta Wyborcza

Mimo nasuwającej raczej cmentarne skojarzenia nazwy premiera płyty zespołu Trupa Trupa to dzień narodzin ważnego zjawiska na rodzimej scenie muzycznej. Zjawiska o pozalokalnej klasie.
Gdański zespół Trupa Trupa wydał swój pełnowymiarowy – swoją drogą: nadzwyczaj krótki, nie trwający nawet pół godziny – album. I nawet jeśli można było się spodziewać już wcześniej: po koncertach zespołu i wydanej kilka miesięcy temu czteroutworowej epce, że to będzie album ciekawy, z pewnością trudno było przewidzieć, że będzie aż tak piorunujący.

Grupa wcześniej eksperymentowała z różnymi stylistykami i pomysłami: tu beatlesowskie harmonie, tam brudne brzmienia, tu łatwe, przebojowe refreny, tam transowe utwory, rozwijające się od flażoletów do prawdziwej ściany dźwięku, tu wpadające w ucho polskie teksty, tam brutalna poezja po angielsku. Dziś muzycy zespołu zdają się być w pełni świadomi, co chcą grać i co chcą za sprawą swojego grania osiągnąć. Debiutancką płytą pokazują swoją nową twarz, dość zdecydowanie odcinając się od niektórych pomysłów z przeszłości. To oblicze bardzo różnorodne – bo na tej płycie znaleźć można odniesienia do bardzo różnych gatunków i stylistyk, ale jednocześnie – spójne i konsekwentne. Bo bez najmniejszego problemu znaleźć można wspólną nić między ciepłymi, niemal karaibskimi rytmami utworu “Don’t Go Away” a transowością otwierającej płyty piosenki “Revolution”, między klasycznie rockowym i zadziornym utworem “Walt Whitman”, a lirycznym niemal do granic rozpaczy hymnem bolesnej samotności, czyli kompozycją “Porn Actress”. Bo wreszcie cały ten pozorny bałagan spaja w jedną, porażającą całość kończący płytę utwór “Take My Hand”, w którym na każdym poziomie – kompozycyjnym, brzmieniowym, a przede wszystkim emocjonalnym – dzieje się więcej niż niektórym zespołom udaje się zmieścić na całej płycie. Kiedy ucicha zgiełk, którym kończy się ta kompozycja, ma się poczucie, że nie ma już nic więcej do powiedzenia, ba – że odezwanie się byłoby już zupełnie nie na miejscu.

Płyta, bogata pod względem kompozycyjnym i aranżacyjnym, jest także ciekawa i ważna z dwóch innych powodów – tekstów i produkcji. Za te pierwsze odpowiedzialny jest gitarzysta i wokalista grupy, Grzegorz Kwiatkowski, odnoszący od kilku lat sukcesy jako poeta. Nic więc dziwnego, że i teksty jego piosenek zwracają uwagę od pierwszego przesłuchania. Rozpatrując je przez pryzmat jego twórczości nie sposób nie dostrzec związków na poziomie poruszanych tematów – bohaterowie jego piosenek to ci sami ludzie, którzy w wierszach zabijają innych i samych siebie z miłości, zazdrości czy samotności, ci sami, którzy w rozbłyskach swego talentu spalają siebie, zamieniając jednocześnie w zgliszcza wszystko dookoła. Kwiatkowskiemu udała się nie lada sztuka: zamienił swoją poezję (czasem przecież w piosenkach pojawiają się dokładne cytaty z jego wierszy, choćby słynny passus o tym, że “powinni się nie urodzić”) w żyjące swoim życiem rockowe teksty.

Płyta Trupy Trupa jest także świadectwem narodzin jeszcze jednego talentu, o którym nie sposób nie wspomnieć – to jej producent Adam Witkowski. Do tej pory znany był przede wszystkim jako odnoszący sukcesy zarówno w Polsce, jak i za granicą plastyk, a od niedawna także jako gitarzysta i kompozytorska podpora punkowego zespołu Gówno. Dzięki tej płycie pokazał się także jako utalentowany, pomysłowy i konsekwentny producent. Jeden z tych, którzy dając muzykom w studiu możliwość powiedzenia wszystkiego, na co ich stać, dodają do tego coś od siebie, pozostawiając na płycie swój dźwiękowy “odcisk palca”.

Efekt tych wspólnych zabiegów muzyków i producenta, efekt tych kilku zaledwie dni, które spędzili razem w studiu Radia Gdańsk jest znakomity. A premiera stworzonej w ten sposób płyty jest dniem narodzin ważnego zjawiska na rodzimej scenie muzycznej.”

Przemysław Gulda, Gazeta Wyborcza